valid XHTML 1.1     valid CSS 2  any browser

warto przeczytać


Czy są granatowe granaty?
Na to pytanie można by dać odpowiedź jednym słowem: „Nie”. Ale te popularne, a jednocześnie niezwykle urocze i ciekawe minerały zasługują na kilka słów więcej.

zobacz duże zdjęcie - 600x477 - 33kB
Występują we wszystkich barwach tęczy oprócz niebieskiej. Ich regularne kształty są powszechnie rozpoznawalne nawet przez początkujących kolekcjonerów, a ich różnorodność powiązana jest z powszechnością występowania. W żwirowniach lub na polach całej Polski można spotkać, przy odrobinie szczęścia, kamienie przywleczone przez lodowiec naszpikowane granatami.

Z tego wstępu można by wysnuć wniosek, że granaty winny stanowić pożądany obiekt dla kolekcjonera minerałów. Są pospolite, mają przeważnie piękne, regularne kryształy oraz występują w różnych odmianach barwnych. Czy tak jest w rzeczywistości?

W literaturze mineralogicznej opisano ponad 15 rodzajów granatów. Najpospolitsze to almandyny, piropy, spessartyny, grossulary i andradyty. Rzadko jednak występują w stanie czystym, W większości przypadków w naturze spotykane są ich roztwory stale. Są to zarówno roztwory dwuskładnikowe jak i trójskładnikowe. Takim mieszankom nadaje się przeważnie nazwy tego granatu, którego w roztworze jest najwięcej.

Czyste granaty są bezbarwne. Nic to dziwnego w świecie minerałów. Barwę swoją zawdzięczają jonom metali, które w minimalnych ilościach swoją obecnością zakłócają sieć krystaliczną, powodując powstanie barw.

zobacz duże zdjęcie - 514x514 - 52kB
Granaty, jako pospolite minerały skałotwórcze można znaleźć zarówno w pegmatytach, jak i w łupkach. Występują również pośród kamieni morenowych przywleczonych podczas zlodowaceń ze Skandynawii. Tworzą też czasem skały zbudowane z drobnokrystalicznych granatów w połączeniu z innymi minerałami. Czyste kryształy w przyrodzie występują jedynie w postaci małych ziaren, których wielkość porównywalna jest do nasion owoców granatowca (stąd nazwa).
Granaty, zarówno w handlu okazami mineralogicznymi, jak również te wykorzystywane przez jubilerów są wyraźnie tańsze od innych kamieni kolorowych. Ale są wyjątki, większe i czyste demantoidy, czy uwarowity osiągają bardzo wysokie ceny, tak jak kilkunastokaratowe czyste piropy czy alamandyny.
Mają one również inną ciekawą charakterystyczną cechę. Są to kamienie bardzo wrażliwe na modę. Dotyczy to zarówno okazów jubilerskich, jak również kolekcjonerskich.

Zmienne zainteresowanie granatami odczuwamy na giełdach minerałów. Przed kilkoma laty furorę robiły duże okazy almandynów z Austrii. Osiągały niezwykle wysokie ceny. Potem stały się, tanie i… nie szanowane. Na moment moda na granaty wróciła, gdy do Polski trafiły rosyjski melanity. Wraz z ich zniknięciem na chwilę znów zapomniano o granatach. W 2001 roku pojawiły się na rynku uwarowity wielkości około karata o przepięknej zielonej barwie pochodzące z okolic Norylska w Rosji. Niektóre z nich mają cechy kamieni jubilerskich. Do niedawna nie było znane to złoże. Nie były również znane granaty o takich własnościach optycznych. Od czasu odkrycia w prasie fachowej cisza na ich temat. Nie wiadomo czy złoże to ma gospodarcze znaczenie, czy jest to tylko ciekawostka dla naukowców i kolekcjonerów.

Otwarcie rynku chińskiego i pojawienie się okazów przepięknych, słonecznych spessartynów na moment wzmogło zainteresowanie tymi minerałami. Dziś poszukiwane są i cenione rodzime granaty z Gór Sowich. Na jak długo, nie wiadomo. No cóż, taka dola granatów. Również jubilerskie ich okazy wykazują niezwykłą wrażliwość na modę.

zobacz duże zdjęcie - 300x300 - 21kB
Typowym przykładem jest pirop, narodowy kamień Czech, wydobywany tam od ponad 500 lat. W wieku XVII był symbolem wolności Czechów. Małe, ale bardzo czyste rubinowo - czerwone kryształy stanowiły surowiec do wyrobu modnej i poszukiwanej w całej Europie biżuterii. Moda na nie „falowała”, co pewien okres osiągając apogeum popularności, by po kilku latach bardzo szybko tracić na atrakcyjności w oczach kobiet. Ostatni taki wielki okres popularności czeskie granaty przeżyły na przełomie XIX i XX wieku. Każda szanująca się dama musiała wręcz posiadać broszkę czy inny klejnocik z czeskim granatem, jak go wówczas nazywano. Jubilerzy nie nadążali z produkcją, a kopacze kamieni mechanizowali wydobycie surowca. Moda, tak jak szybko przyszła, tak i się skończyła.

O czasach świetności granatów świadczą skarbce i muzea różnych krajów. W Polsce piękną kolekcję biżuterii z granatami można obejrzeć w klasztorze jasnogórskim u ojców Paulinów. Przed wybuchem II wojny światowej świat zapomniał o piropach. Po wojnie mimo wahań, nigdy już na taką skalę nie było granatowej gorączki.

W okresie apogeum mody na czeskie granaty dochodziło czasami do niezwykłych sytuacji. Niech o tym świadczy opowieść, jaką usłyszałem od jednego z Austriaków na giełdzie w Tisnovie o almandynach z austriackich Alp. W czasach „granatowej gorączki” jubilerzy austriaccy zaczęli wykonywać z nich biżuterię, ale nikt nie chciał jej kupować. Bo nie były to modne granaty czeskie. Zaczęto więc eksportować surowe kamienie do Czech, tam obrabiano kamienie, oprawiano w złoto i sprzedawano... Austriakom, jako te pożądane czeskie precjoza. Znajdywały one natychmiast nabywców..

zobacz duże zdjęcie - 600x400 - 51kB
Z almandynami wiąże się też historia olbrzymiego krachu finansowego, największego w historii Australii. W połowie XIX wieku na południu Australii odkryto bogate złoża czerwonych, jubilerskich kamieni. Pierwsze oględziny nie pozostawiały żadnej wątpliwości, to rubiny o wyjątkowej urodzie. Wkrótce wybuchła „rubinowa gorączka” i tysiące ludzi wyruszyło w okolice Adelajdy na poszukiwanie kamieni i… fortuny. W ekspresowym tempie powstało ponad 100 kopalń oraz 24 towarzystwa zabezpieczające eksploatacje i zbyt wydobywanych rubinów. Interesy z początku szły wspaniale, ale tylko do czasu, gdy jakiś mineralog nie poddał wydobywanych kamieni standardowym badaniom mineralogicznym, z których jednoznacznie wynikało, że to nie rubiny, a jedna z odmian granatów, almandyny, setki razy tańsze. Tysiące ludzi straciło fortunę, a do dziś wydobywane tam granaty jak na ironię nazywane są w handlu „rubinami Adelaide”

Jak nie lubić bohaterów tych opowieści. Warte są zbierania, kolekcjonowania i podziwiania. Zachęcam do tego.


Ryszard Juśkiewicz
Zdjęcia: Adam Juśkiewicz
do góry | powrótA TO HISTORIA • WARTO PRZECZYTAĆ • PYTANIE RETORYCZNE • RADY STARSZEGO KOLEGI